Izerska Tułaczka

Wtorek, 29 marca 2011 · Komentarze(1)
Przeglądając tę stronę pewnie przyzwyczailiście się już, że opisów wycieczek w tym miejscu raczej nie znajdziecie - są dopiero po wejściu do galerii. Nie widzę powodu, żeby tym razem miało być inaczej, więc zapraszam do obejrzenia fotek :)

Flow

Poniedziałek, 28 marca 2011 · Komentarze(0)
Singletrack pod Smrkiem. Czemu tam jeszcze nie byłem? Bo daleko. Do dziś - w końcu się udało.
To, że będzie fajnie - to było jasne. Ale żeby aż tak? Tego się nie spodziewałem.
Ciekawe, kiedy w Beskidach powstanie coś podobnego. Za 5 lat? Za 20? Nigdy? To taka dygresja, żeby nie było za wesoło ;)

DIY - Gravity Dropper Classic

Piątek, 18 lutego 2011 · Komentarze(4)
Kategoria Sprzęt
Dzisiaj po długiej przerwie coś nowego - cykl zrób to sam (na własną odpowiedzialność oczywiście ;)). Zapraszam do lektury.

Odkąd kilkanaście miesięcy dorobiłem się regulowanej sztycy, nie potrafię obejść się bez tego wynalazku. W Marinie używanym zimą bardzo mi tego brakuje, ale kupować taką sztycę do Marina to już byłaby rozpusta :) Gravity Dropper Classic jest:
- prosty w budowie,
- niezawodny,
- ma wystarczający skok (u mnie 100 mm),
- prosty w budowie,
- i jeszcze - prosty w budowie :)
A tak poważnie - sztyce innych firm są nękane niestety przez różne awarie. To samo dotyczy też oczywiście Gravity Droppera, ale mam wrażenie, że jednak jakby w mniejszym stopniu - za czym przemawia właśnie dość unikalna, prosta (żeby nie powiedzieć - prostacka) budowa.
Największą wadą natomiast w mojej wersji jest zerojedynkowa praca - czyli albo maksymalnie wysunięta, albo spuszczona 100 mm w dół. Na płaskich, trudnych technicznie odcinkach jest dylemat - czy jechać na sztycy wysuniętej, gdzie możliwości balansowania ciałem są nieco ograniczone, czy na wsuniętej, gdzie jest za nisko i pedałowanie nie jest efektywne.
Wady tej pozbawiona jest wersja Multi, ale ja takiej nie mam. A właściwie nie miałem - aż do dzisiaj :) Nawiasem mówiąc, wszystkie części do GD są dostępne u producenta i część #22 - Inside Tube z wersji Multi na 99% będzie pasować do wersji nie-multi (ten brakujący 1% wynika stąd, że właściwie oficjalnie nigdzie takiej informacji nie ma, ale co za problem zapytać przy zamawianiu). Obecnie to koszt 30$, więc postanowiłem zaryzykować - jeśli moje rozwiązanie się nie sprawdzi, to wtedy zamówię oryginał u producenta.
Sama przeróbka jest banalnie prosta - należy wywiercić jeden otwór. Instrukcja demontażu i montażu sztycy jest na stronie GD, więc opisu sobie oszczędzę.
Co do samego otworu - średnica wiertła to 8 mm, miejsce w pionie - dowolne (ja wywierciłem tak, że mam pozycje - wysunięta, 35 mm niżej i 100 mm niżej). Bardzo istotne natomiast jest, żeby oś otworu znajdowała się w płaszczyźnie wyznaczonej przez osie dwóch oryginalnych otworów - bez tego bolec nie trafi w otwór i tylko popsujemy sztycę.
Tak to wygląda po nawierceniu:


Oczywiście po wszystkim należy elementy dokładnie oczyścić z wiórów, no i przy okazji przesmarować części ruchome.
Po zmontowaniu wszystko działa ok. Jak to wpłynie na trwałość - z oczywistych względów nie mogę teraz napisać. Moim zdaniem na trwałość nie wpłynie wcale, wpływa natomiast na wytrzymałość - bo jednak rurka w tym miejscu została osłabiona, a jest to najbardziej obciążone miejsce przy sztycy wysuniętej na maksa. Przy mojej stosunkowo niewielkiej masie własnej nie powinno to stanowić problemu, ale żeby nie było, że nie ostrzegałem :) (coś mi się kojarzy, że oryginalna sztyca Multi miała jakieś ograniczenie wagi użytkownika).
To tyle. Za rok zdam relację, jak rozwiązanie się sprawuje. No chyba że sztyca nie wytrzyma do tego czasu ;))

Zimowo

Niedziela, 19 grudnia 2010 · Komentarze(2)
Tym razem znowu Dolina Trzech Stawów, czyli standardowa zimowa trasa.


To za mną to zamarznięty staw.


Kenda Knarly - czyli "zimówka" do roweru. Opony są świetne, do tego stopnia, że na taką jazdę nie widzę sensu zakładania kolców. Na ubitym śniegu łatwo podnieść tylne koło przy hamowaniu przodem. Duże klocki po bokach pozwalają też na głębokie przechyły w zakrętach.
W głębokim śniegu trakcja w miarę - no chyba że śnieg jest mokry, wtedy opony się zapychają. Ale po wyjechaniu ze śniegu szybko się z niego oczyszczają.
Na lodzie - no, tutaj to wiadomo. Na asfalcie również bez komentarza :)


Na zimę postanowiłem porzucić GT i przesiąść się na Marina. Kilka spostrzeżeń po przesiadce:
- twardo!,
- lekki,
- chcę w nim Gravity Droppera,
- stare Deore BR-M555 działają na mrozie lepiej od XT BR-M775...,
- zębatka 44T nie jest do niczego potrzebna,
- fajnie nisko się siedzi - przydatne jak się wjedzie na wyślizgany lód ukryty pod śniegiem (powiedzmy, że spada się z mniejszej wysokości ;).


Tak wyglądają wszystkie ścieżki na dolinie. Idealnie, nie tylko na rower, także do biegania - zarówno na nogach, jak i na nartach. Da się też przejechać awaryjnie autem, ale tego wątku nie będę tutaj rozwijał :)


1,5 godziny później.

Szyndzielnia

Sobota, 27 listopada 2010 · Komentarze(0)
Dzisiaj tylko jedno zdjęcie - z serii "tam byłem". Z bardzo prostego powodu - wziąłem aparat z rozładowanymi bateriami, a jak kupiłem baterie, to mi się już nie chciało robić zdjęć, bo było za zimno :) W związku z tym opis będzie nieco szerszy, niż zwykle.

A byłem, zgodnie z tytułem, na Szyndzielni. Parę minut po 9 wystartowałem z parkingu w Olszówce. Do góry wybrałem czerwony szlak. Jeszcze w Bielsku droga pokryta była fajną, 2 cm warstewką śniegu, czym wyżej, tym warstwa była coraz grubsza. Ale aż do drugiej agrafki z widokiem na kolejkę (czyli do końca było już niedaleko, a kolejki i tak w sumie nie było widać w tych warunkach :)) dało się jechać, to że czasem szedłem pieszo, spowodowane było koniecznością rozgrzania stóp. Wyżej śniegu przeważnie było nieco za dużo, ale podejrzewam, że na tylnej oponie z dużymi i rzadko rozmieszczonymi klockami też dałoby się jechać. W schronisku robię przerwę (okazuje się, że podjazd w takich warunkach wysysa z człowieka o wiele więcej energii), a później wracam zielonym szlakiem, ostatnio jechałem nim 7 (!) lat temu.
Na górze, mimo dość grubej warstwy śniegu, dało się zjeżdżać, walcząc trochę o utrzymanie się na rowerze, na dole to już tym bardziej się dało. Ogólnie było fajnie, dobry wariant na zjazd wybrałem :)
Następnie pojechałem na kolejkę. Wjazd z rowerem aż 18 zł, trochę czekania, bo zimą jeździ co pół godziny, ale na górze byłem szybko. Tym razem zjeżdżałem czerwonym. Tutaj też fajnie, ale zielony był lepszy. Czerwony jest znacznie łatwiejszy i szybszy, ale w tych warunkach oznacza to, że jest zimniej. Do tego stopnia, że już przy dzisiejszej temperaturze przy padającym śniegu przydałaby się kominiarka. Także lepiej było zjechać jeszcze raz zielonym :)
Całość zajęła mi 3 godziny, ale w takich warunkach to całkowicie wystarczyło żeby sobie dobrze pojeździć :)

Pilsko

Sobota, 9 października 2010 · Komentarze(4)
Plany były inne. Miała być solidna górska trasa, tak, by wykorzystać w pełni taką pogodę (co ciekawe, dokładnie rok temu warunki były zgoła inne).
Jednak... Jadąc autem, w Jeleśni zacząłem się zastanawiać, czy wziąłem daszek do kasku. Po chwili główkowania, pojawiła się nowa myśl - czy wziąłem kask?! Myślę, że w tym momencie odpowiedź już jest znana.
Mimo to postanowiłem sie nie wycofywać i jednak trochę pojeździć. No i było warto, bo poznałem fajny szlak, a przez zmiane planów była też okazja spotkac się ze znajomymi. Szczegóły w galerii.